Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eurowizja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eurowizja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2012

Dzisiaj felieton

Czy generalizacja, że świat schodzi na psy, skoro nie ma w Polsce Eurowizji jest przesadą? Ostatnio naszła mnie taka myśl, że schizofrenia programowa TVP jest tylko objawem poważniejszych chorób toczących wiele dziedzin życia społecznego w naszym kraju. Myśl ta stanowi odpowiedź na pytanie, które przebijało z poprzedniej notki na naszym blogu i brzmiało mniej więcej tak: "Dlaczego TVP odmawia udziału w Eurowizji, skoro niesie to ze sobą same profity?". Odpowiedź jest prostsza, niż przypuszczałem. Brzmi: "bo TVP zapomniała, po co istnieje".

Ale instytucja ta nie cierpi w samotności na tak zdiagnozowaną chorobę. Gdyby rozejrzeć się po otaczającej nas rzeczywistości, szybko się zorientujemy, że ta sama przypadłość dotknęła zarządzających szkolnictwem, nauką, polityką transportową czy refundacją leków. Chodzi mi o te sytuacje, w których podejmowane są absurdalne decyzje, które zawsze określane są mianem "koniecznych" a jednocześnie na pierwszy, drugi i nawet tysięczny rzut oka zdają się chybione. Oczywiście można postawić inną diagnozę, według której za durnymi decyzjami kryje się brak pieniędzy i w konsekwencji oszczędności. Ale taki sposób myślenia do niczego nie prowadzi - w wymienionych branżach zawsze i wszędzie było i będzie za mało pieniędzy (to znaczy: zawsze mogłoby być tych pieniędzy więcej). W tym przypadku chodzi raczej o brak pomysłu, co z tymi pieniędzmi, które są do dyspozycji, można zrobić. Brak pomysłu wynika zaś z zatracenia celu działania, z pogrążenia się w bezproduktywnych machinach biurokracji. W efekcie uniwersytety przyjmują wszystkich kandydatów bez względu na poziom ich przygotowania do studiów; uczniowie w szkołach nie zdobywają wiedzy, lecz uczą się rozwiązywać testy; nauczyciele spędzają prawie tyle samo czasu przy tablicy, co z nosem w papierkach, których nikt potem nie czyta; lekarze trzęsą portkami przed wypisywaniem recept, bo za 4 lata przyjdzie kontrola, by zlicytować im mieszkanie; urzędnicy boją się podejmowania decyzji; w ramach poprawy działania kolei ogranicza się ilość pociągów, a TVP zaprzestaje uczestnictwa w międzynarodowej imprezie o wielkiej oglądalności (przypomnę, że uważam to za niezgodne z fragmentam Ustawy o Radiofonii i Telewizji, o którym już pisaliśmy). Ech, do tego niestety informacja publiczna leży, więc kontrolowanie działania publicznych instytucji przez obywateli jest wręcz niemożliwe, choć powinno się bez utrudnień odbywać wszędzie tam, gdzie coś jest finansowane z naszych podatków.


W świetle powyższych rozmyślań mam apel do zarządu TVP. Panie i Panowie! Przyznajcie się, że nie pamiętacie, po co istniejecie, nie macie pomysłu na to, jak wyjść z dołka. Macie gdzieś poziom waszych programów - ważne, by przynosiły krótkofalowe zyski. Czy na tym to polega? Chyba jednak nie, skoro rezygnujecie z udziału w dochodowej imprezie. Wasze decyzje przypominają zachowanie upadającego, zdesperowanego dyktatora, który wydaje sprzeczne polecenia, wije się bezsilnie i nie pamięta, po co obejmował władzę, zależy mu już tylko na tym, by ją utrzymać. A przecież większość dyktatorów przejmowała stery państw w jasno określonym celu.

Frater Σ

czwartek, 22 listopada 2012

Długooczekiwany drugi strzał w stopę TVP

Werble...

"Po wnikliwej analizie wszystkich argumentów za i przeciw zarząd TVP podjął decyzję, że Telewizja Polska nie weźmie udziału w najbliższej edycji Eurowizji. Zawiadomiliśmy już o tym organizatorów konkursu."

Wiwaty!

W ten oto sposób 22. listopada 2012 roku TVP postanowiło strzelić sobie drugi raz z rzędu w stopę. Znowu nie będzie Polski na Eurowizji i pewnie Eurowizji w Polsce. W tym przypadku dwie pokancerowane stopy (jedna za rok 2012 i druga za 2013) są ewidentnym objawem problemów z głową. Trudno w inny sposób zinterpretować postępowanie firmy na granicy bankructwa, która ma monopol na może nietani, ale za to pożądany towar, a która decyduje się w ten towar nie inwestować, tylko przerzucić się na branżę tandety, szmaciarstwa i starzyzny. Z czego jeszcze ta starzyzna się broni...


Czy Eurowizja jest programem pożądanym? Hm, wystarczy prześledzić wpisy widzów na oficjalnym facebookowym profilu TVP, by stwierdzić, że nadanie emisji finału ESC się zwyczajnie opłaca. Zainteresowanie konkursem wydaje się być dość duże. Wśród wspomnianych wpisów przewija się, w ciągu minionego roku, kilka typów wątków, które można roboczo pogrupować tematycznie w następujący sposób:

- "Robicie gównianie seriale";
- "Mam dość kolejnych seriali o duchowieństwie";
- "Ściągnijcie z anteny Pospieszalskiego";
- "Jesteście propagandową tubą PO";
- "Skróćcie reklamy";
- "Oddajcie dobranockę";
- "Nie będę już płacił abonamentu, bo...";
- "Jaka jest decyzja w sprawie Eurowizji".

 Kolejność wprawdzie przypadkowa, należy jednak nadmienić, że wątek eurowizyjny pojawia się zdecydowanie najczęściej. I to mimo, że facebookowicze którzy piszą o Eurowizji, zwykli dostawać bana na wallu TVP. :] Ciekawi mnie, jakie argumenty "przeciw" zadecydowały o tym, by odrzucić definitywnie argumenty "za", którym generalnie poświęcony jest ten blog?

Rozważmy to z punktu widzenia TVP. Jakież mogło być, hipotetycznie, ich pokrętne rozumowanie...

Argumenty "ZA":

- forsa dla nas leży na ulicy - ludzie chcą oglądać ten program, mamy na to twarde dowody, możemy więc sobie wysoko wycenić czas reklamowy towarzyszący finałom konkursu;
- mamy fatalną reputację... może ją sobie poprawimy reagując na prośby fanów;
- i tak już płacimy za uczestnictwo w Europejskiej Unii Nadawców, więc zbyt wiele nie zaoszczędzimy, rezygnując z konkursu piosenki organizowanego przez tę Unię;
- bierzemy udział w innych konkursach spod logo Eurowizji (wnuczka pana Krzysia z bufetu na Woronicza lubi, jak te Cichopki tańczą, to mamy ich nie pokazać? no jakże tak...), może powinniśmy przynajmniej transmitować najważniejszy i najbardziej rozpoznawalny konkurs z tej "stajni", żeby pozostałe konkursy były na polskim gruncie warte kasy, jaką w nie ładujemy;
- podobno mamy jakąś misję, która nakazuje między innymi transmisję dużych wydarzeń kulturowych o charakterze międzynarodowym, hm, gdyby się nad tym zastanowić nakaz jest nawet silniejszy, gdy w wydarzeniu biorą udział przedstawiciele Polski... ale zaraz? przecież nie wyślemy nikogo... czyli ten argument się nie waliduje, uff. :P


 Argumenty "PRZECIW":

- bratanica naszego portiera z Woronicza nie lubi Eurowizji;
- nie mamy zbyt dużo kasy... niestety nie znamy również podstawowych zasad ekonomii, jesteśmy skazani na niepowodzenie, bo nie wiemy, że nawet mając długi, warto wziąć kredyt, by zrealizować przedsięwzięcie, które przyniesie łatwy do przewidzenia zysk;
- kto by chciał śmierdzące pieniądze z abonamentu od tych dziwnych ludzi, którzy chcą oglądać Eurowizję w TVP, już dawno przestaliśmy szanować ludzi, którzy cokolwiek chcą obejrzeć w telewizji, więc c'mon, kto by tam chciał mieć takich po swojej stronie;
- za kasę zaoszczędzoną na eliminacjach i transmisji konkursu ESC możemy zrobić jakiś fajny serialik o duchownych (w tym najnowszym w dialogach będzie taka inwersja składniowa stylizowana nieudolnie na styl biblijny, że ludzie pomylą ten serial ze "Star Trekiem"), albo jeszcze lepiej - kupimy jakiś durny format z zagranicznej telewizji, dzięki czemu nie będziemy się niczym odróżniać od konkurencji (dodatkowo syn pani Jadzi, woźnej na Woronicza tak bardzo lubi programy, w których piosenki jazzowe, metalowe i rockowe brzmią jak gospel - normalnie mu się wtedy tik uspokaja - niech ma chłopak frajdę!);
- od paru lat nie mamy pomysłu na skuteczne eliminacje, które wyłoniłyby sensownego przedstawiciela na Eurowizję - no i aj waj, kto się o tym dowie, jeśli nie wystartujemy.

Argumenty "PRZECIW" to niestety efekt fatalnego zarządzania firmą, kiepskiej polityki personalnej i beznadziejnej strategii wizerunkowej. Może faktycznie lepiej by było, gdyby TVP upadło? Może wtedy zaistniałaby konieczność stworzenia nowej instytucji, która zacznie realizować zadania, do których jest powołana. Bo wyraźnie ktoś w dzisiejszym zarządzie telewizji zapomniał, do czego ta instytucja została powołana... Dość często mamy też ostatnio wrażenie, iż pokutuje taki pogląd, że jak coś jest państwowe, to jest niczyje, więc można marnować tego podmiotu kasę w biały dzień.

Fraternia - zadumana nad roztaczającymi się w każdą stronę apokaliptycznymi wizjami - obiecuje, że w najbliższym czasie przyjrzy się sprawie bliżej. Jeżeli pojawią się nowe "powody" decyzji TVP, będziemy o nich informować.

Frater Σ

czwartek, 11 października 2012

I co z tą decyzją?

No, YYY? Co jest? Kiedy powiedzą, czy wracamy w tym roku do gry, czy pauzujemy na ławce... lewarów, sinych smutasów i innych ciemnogrodów, w których nie ma Eurowizji?

Swoją drogą zaobserwowaliśmy ciekawy trend, że polscy wykonawcy (zwykle ci mniejszego kalibru - może jakby jakiś "autorytet" wkroczył do gry akcja miałaby większy wykop...) sami zgłaszają swoje propozycje piosenek na przyszły konkurs. Chcą pokazać, co mogliby pokazać, gdyby TVP im pozwoliło. To bardzo miłe. Możecie być pewni, Drodzy Wykonawcy, że z czystego patriotyzmu eurowizyjnego obejrzeliśmy już wiele Waszych piosenek reklamowanych na youtubie jako propozycje na ESC. Może przy niektórych wyłączyliśmy dźwięk, ale macie od nas +1 do liczby wyświetleń. Kochani. :) Cóż, trzeba przyznać, że jest to też smutne, bo wyczuwa się w tym trendzie pewną dozę desperacji. Głupia, głupia telewizja. Przeciągają, odwlekają i pewnie jak w ubiegłym roku będą później mówili, że decyzja jest nieodwołalna, bo taka została podjęta, nie można jej zmienić, bo jest za późno i gazeta z programem telewizyjnym już się drukuje, bla bla bla...

Z innej beczki: dziś przyznano literacką Nagrodę Nobla. I na tę szaloną okazję, obrazkiem tematycznym ozdobimy niniejszą notkę.


Frater Ж

sobota, 1 września 2012

Czy wiecie, że...

Czy wiecie, że, kiedy wpisuje się na youtubie "eurovision 2012", to pierwszym podpowiadanym wynikiem wyszukiwania jest "eurovision 2012 poland"? Chociaż Bolanda nie brała udziału w konkursie latoś? Psipadek?


A TUTAJ bardzo dobry tekst ze strony OGAE.

Frater Ж

poniedziałek, 28 maja 2012

Moja racja jest mojsza niż twojsza

Jakoś zawsze (prawie zawsze...?), trzymając się wciąż tematu Eurowizji, udawało się nam uniknąć pisania o muzyce. Niby o gustach się nie dyskutuje, a ten blog miał być poświęcony sprawom, które mają jednoczyć a nie dzielić fanów ESC - czyli temu, że nasz kraj, Polska, nie startuje w konkursie, że telewizja schodzi na psy i że żadne wymówki nie są nas w stanie przekonać, jakoby Eurowizja była do dupy... itp.


No ale coś trzeba napisać na temat wyników tajnego głosowania na karteczkach typu post-it, które odbyło się podczas wielkiej imprezy (z telebimami i fajerwerkami) w skromnych progach naszej fraterni podczas finału umiłowanego konkursu. Tym bardziej, że kilku gości się o to upomina.* Otóż: demokracja zwyciężyła. Nie wygrała ta pani, która (rzekomo) wygrała oficjalnie. A nawet - należy powiedzieć z ręką na sercu - nie zdobyła ona u nas ani jednego punktu (nie jesteśmy mainstreamowi, oj nie). Pierwsze miejsce i po jednym punkcie od każdego z gości miała u nas Nina Zilli. Pozostawię to bez komentarza, bo jej piosenka broni się sama. Drugie miejsce wymusił na gościach podczas "niezawisłego głosowania" Frater Σ - jego faworytami byli reprezentanci Islandii. Faworytka Fratra Ж zaś, "Mandinga Zalilalilalej" uplasowała się na trzecim miejscu. Od razu widać, kto nie rządzi w domu na codzień, a jego głos jest łaskawie tolerowany dopiero od święta. ;P Po zapoznaniu niektórych "nowych w biznesie" gości z utworem Rambo Amadeusa to jednak on został okrzyknięty przez aklamację wielkim wygranym konkursu (i wielkim prorokiem współczesności... byliśmy bardzo pijani). Chociaż o mały włos, po przyznaniu punktów rekompensaty za niepełnosprawność, w naszych miłosiernych sercach wyprzedziłby go wprost masakryczny austriacki utwór "Woki mit deim Popo" ("duze płał"!). No, to by było, w telegraficznym skrócie, na tyle w kwestii prywaty. :D

Już więcej nigdy się nie ujawnimy z naszymi preferencjami muzycznymi. Aha, jeszcze dodam, że fajnie było mieć na imprezie tak liczną reprezentację medyków! Serwowali oni natychmiastową diagnozę tego, co działo się na eurowizyjnej scenie. Pięcioosobowe konsylium. Rak kolczystkomórkowy wymiatał. :) Do zobaczenia za rok!

Frater Ж

* chcieliby to mieć na piśmie, przypuszczalnie będą się pojedynkować, który wykonawca był lepszy, hłe hłe...

poniedziałek, 21 maja 2012

Strawa nie tylko duchowa

Dziś będzie kilka przemyśleń na temat eurowizyjnego jedzenia. No co? Finał trwa długo, więc można zgłodnieć. A jeżeli rozpętuje się w domu eurowizyjną imprezę (nieważne czy z okazji finału, czy półfinału), to też jakoś tak głupio trzymać gości o suchym pysku.

1. Podczas Eurowizji najlepiej jeść coś, na co nie trzeba patrzeć. W końcu wzrok człowieka, który jest nastawiony na odbiór konkursu, powinien być zwrócony nieprzerwanie na scenę Baku Crystal Hall i nie ma mowy o zerkaniu co chwilę w talerz.

2. Jeżeli ma się w domu na wspólnym oglądaniu więcej ludzi niż talerzyków, trzeba kombinować i przygotować takie jedzenie do oglądania, które w ogóle nie wymaga talerzyka. Salomon by tego lepiej nie wymyślił.

3. Ale z drugiej strony, jeżeli się jest gospodarzem imprezy, trzeba obstawać za jedzeniem, które się nie kruszy i którym drodzy goście za bardzo nie naśmiecą.

Tadaaam! Te trzy wskazówki są bardzo cenne i jednocześnie - zapewniamy, choć pewnie wydaje się być inaczej - nie ograniczają wyboru zagryzek do pizzy i rzeczy, które da się podać nadziane na patyczek. Wystarczy odrobina kreatywności. :) Nie chcemy narzucać czy nawet sugerować jakiegoś szczególnego przepisu na eurowizyjne danie, by kontynuować nasz dobry obyczaj zachowywania neutralności, który jak dotąd objawia się głównie w nieujawnianiu naszych faworytów wśród uczestników zbliżającego się konkursu. Czasem wydaje się nawet, że ten blog nie jest o konkursie piosenki...


Ale jednak WYPADAŁOBY podać w tym roku do Eurowizji orzechy, by uczcić w ten sposób brak komentarza niezastąpionego Artura Orzecha. No i nie należy zapominać, że z alkoholowych trunków akurat wódka Fryderyk Chopin nadaje się do popijania tego konkursu najmniej.

Frater Ж

wtorek, 8 maja 2012

Gdzie i CZY oglądać

Po ostatnim wpisie blogowym wiele osób pyta nas, gdzie oglądać Eurowizję, skoro TVP nie zapewni nam transmisji (pomijam te osoby, które pytają, czy "Koko Euro spoko" reprezentuje Polskę na Eurowizji - a którym odpowiadamy siarczyście N I E). Znaleźliśmy wyśmienity wpis na ten temat na innym blogu. TUTAJ - zachęcamy do lektury.

W tej krótkiej notce chcielibyśmy jednak ponadto poruszyć temat, czy warto oglądać...
Czy warto?! Skoro MY już znamy zwycięzców:


Dobranoc!

Frater Ж

sobota, 5 maja 2012

O sposobach oglądania Eurowizji

To jest notka, która ma nam zapewnić klikalność na tydzień, więc nie ma żartów (zwłaszcza jeśli idzie o długość tekstu). Napisał ją zupełnie nowy i jeszcze nieznany naszym czytelnikom Frater の. Duże brawa. I... here we go. :)

Wielka Biba w Baku zbliża się do nas wielkimi krokami i choć wszystkim doskonale wiadomo, że TVP nie ma najmniejszego zamiaru zaoferowania nam transmisji z tego pod każdym względem wiekopomnego zdarzenia, nie zmienia to faktu, że wielu z nas – wiernych po grób fanów – i tak finały obejrzy.

Dlatego dzisiaj co nieco na temat samego oglądania. Jak to robić, z kim, jak przewidzieć budżet imprezy? Ostatnie profesjonalnie przeprowadzone wśród wielbicieli ESC badania wykazały, że istnieje kilka najczęstszych sposobów świętowania tego corocznego zdarzenia.

Urbi et orbi. Ktoś kasiasty stawia w centrum miasta wielgachny telebim, ludzie dookoła się gromadzą, oglądają, tańczą, śpiewają, smsują, komentują złe wyniki głosowania, rozchodzą się do domów. Prawdopodobnie jedzą watę cukrową albo popcorn kupiony w budkach, które wyrosły wokół niczym grzyby po deszczu. Niestety, z powodu wielkiej wypinki TVP realizacja tego sposobu jest dość trudna w naszym kraju.

Kameralna domówka. Możemy wybrać doborowe towarzystwo o podobnych (lub wręcz przeciwnych) gustach muzycznych i kulinarnych. Mile widziany alkohol (dyskretny, przykładowo wino lub browarek), przekąski, słodkości etc. Zabawa może być dość dobra, szkody niewielkie, zmywanie do przeżycia. Zaopatrzenie do zdobycia w najbliższej biedronce/lidlu, koszta stosunkowo niewielkie. Należy spodziewać się zróżnicowanych wypowiedzi na temat wyników głosowania, ale znowu bez przesady, w końcu chyba trochę swoich znajomych znamy. Zanim zaczniemy spraszać ludzi, warto się na poważnie zastanowić, ilu zdołamy wydajnie pomieścić przed ekranem tak, żeby sobie nie siedzieli na głowie.


Na pełnej imbie. Czyli robimy imprezową konkurencję gospodarzom ESC. W tym roku Baku stawia poprzeczkę niezwykle wysoko. Zapraszamy kogo się da, dysponujemy ogromną liczbą żarcia, wszelkimi możliwymi trunkami, substancjami psychoaktywnymi (gałka muszkatołowa) i doskonałym nagłośnieniem. Przygotowania należy rozpocząć na długo przed imprezą, wypada zakupić plastikowe sztućce i naczynka, fajerwerki, confetti, balony, kostiumy i wuwuzele. Impreza droga, wrażenia niezapomniane, szkody naprawiamy na raty – byle zdążyć do następnego roku, bo znajomi, wychodząc, juz wproszą się na kolejne finały. Samo ESC schodzi na dalszy plan, bo biba była ciekawsza.

Eskapistycznie. Dla tych, których znajomi nie są w stanie na poważnie podejść do majestatu konkursu Eurowizji. Zaopatrujemy się w to, co lubimy najbardziej (raz do roku można zaszaleć i się wykosztować), zamykamy w pokoju na cztery spusty, wyłączamy telefon, domofon, faks etc. W świętym spokoju kontemplujemy artyzm wykonawców i geniusz organizatorów. Głosujemy na kogo chcemy i nie mamy przed kim się wstydzić naszego wyboru. W zależności od prywatnych upodobań takie rozwiązanie wychodzi taniej lub drożej, ale wliczamy tylko siebie, więc nie jest tak źle. Niewielkie ryzyko strat i dość przewidywalne wrażenia z całego przedsięwzięcia. Pewna grupa socjologów postanowiła ten wariant nazwać też „kryzysowym”.

Na kacu. Jeśli nie byliśmy w stanie doczekać się finałów ESC i zaczęliśmy świętować za wcześnie. W zależności od stopnia zniecierpliwienia może nawet dojść do sytuacji, w której kontemplujemy jedynie wizję, bo fonia wydaje się jeszcze bardziej nie do zniesienia niż zwykle. Poważnym minusem jest biochemicznie uwarunkowana niemożność „wczucia się” w eurowizyjną atmosferę, więc prawdopodobnie trzeba będzie kolejnego dnia obejrzeć nagrania na youtube, żeby nie zbłaźnić się przed znajomymi, którzy odbierali sztukę w pełni swojej świadomości.

Snobistycznie. Czyli jeśli zgromadzimy grupkę maruderów, którzy co chwilę będą zachwycać się swoim gustem muzycznym i estetycznym, jednocześnie bezlitośnie krytykując niczemu niewinnych wykonawców. Bandzie gości serwujemy bezy z kawiorem, sami walimy wódę, bo po 15 minutach zaczynamy żałować, że zdecydowaliśmy się na tę opcję. Z racji głośnych komentarzy i tak nie wiemy, co ESC miało w tym roku do zaoferowania, więc raczej czeka nas youtube party następnego dnia. Oczywiście przeważnie masochiści decydują się na ten wariant świadomie, ale badania wykazały, że wcale taka sytuacja nie zdarza się rzadko. Po prostu jeśli nie znaliśmy swoich znajomych od pewnej strony, pod wpływem ESC są w stanie zaprezentować całkiem nowe oblicze.

W paszczy lwa. Czyli pier*** wszystko, pakujemy się do samolotu do Baku i doskonale się bawimy. Wychodzi drogo, ale jest spontan i szansa na fejsbuniową focię, która pobije rekordy popularności naszych poprzednich. Na miejscu ryzyko „bombowej” rozrywki, z której możemy cało nie wrócić, dlatego w tym roku to rozwiązanie ma również subtelną nutkę sportu ekstremalnego.

Na krzywy ryj. Czyli z jakiegoś powodu nie chcemy organizować imprezki, a nikt nas nie zaprosił do siebie lub całkiem zapomnieliśmy i obudziliśmy się z ręką w pełnym nocniku. Jak tylko słyszymy sąsiadów imprezujących za ścianą, sięgamy po głęboko ukrytą w szafce butelkę znienawidzonego trunku (bo przecież kto w domu trzyma dobry alkohol na czarną godzinę) i walimy drugą ręką w drzwi mieszkania obok. Oczywiście nie mają nic przeciwko. Jakość imprezy zależy od sąsiadów i ich ewentualnych gości – zatem pojawia się opcja poznania nowych ciekawych ludzi, których niezwłocznie dodajemy do znajomych na fb. Albo na zawsze wymazujemy ze świadomości fakt ich istnienia. Nazwa sposobu wynika z tego, ze jednak najczęściej w ostatniej chwili orientujemy się, że jednak ostatnia flaszka ostatnio służyła oblaniu narodzin kolejnego dziecka w najmniej odpowiednim momencie.


Kryptofanowsko. Czyli nasze otoczenie nie ma pojęcia, że kochamy ESC i z pewnością napiętnowałoby nas, gdyby się o tym dowiedziało. Jeśli niefortunnie znaleźliśmy się poza domem, szukamy najbliższej toalety i wyposażeni w słuchawki korzystamy ze streamingu na naszym wypasionym telefonie czy innym icudzie. Jak jesteśmy u siebie, to można skorzystać z tradycyjnego rozwiązania – oglądamy np. na laptopie pod kołdrą. Nowoczesny sprzęt daje po oczach na tyle mocno, że nie trzeba latarki.

Fetyszystycznie. Mamy swojego faworyta, sprawiamy sobie kopię kostiumu, uczymy się tekstu piosenki na pamięć, załatwiamy niezbędne przedmioty każdego kibica (baseball i pompony) i na całego dopingujemy przed ekranem, wyznając dozgonną miłość wielkiemu artyście (lub wielkim artystom). Podczas występów konkurencji mieszamy ich niemiłosiernie z błotem. Jeśli znamy innych takich zboczeńców, możemy zrobić taką imprezę w wersji masowej. Przepisy BHP zalecają, by wszyscy zgromadzeni uwielbiali tego samego wykonawcę (epidemiologicznie stwierdza się rzadsze występowanie powikłań po takiej zabawie, chociaż wiadomo, że startowanie dwóch panienek do jednego mundurowego też nie zawsze kończy się na kopniakach w kostkę).

Darcie końmi. Bo akurat złośliwie TVP lub inna stacja emituje śmierć jakiejś Hanki czy innego Ryśka i za cholerę nie możemy się zdecydować, co chcemy oglądać. Równoczesny odbiór dwóch przekazów może wywołać ciekawe wrażenia – np. bohaterów „Plebanii” zobaczymy na scenie śpiewających po islandzku. Jeśli nie jesteśmy sami, być może problem rozwiąże się na zasadach demokracji ateńskiej lub prawa dżungli (w zależności od jakości znajomych).

Na Kaczyńskiego. Może nawet i chcieliśmy oglądać, ale Wizja-Srizja, wolimy najnowszy dokument o Smoleńsku.

Na unijnych komisarzy. Czyli nie oglądamy, bo bojkotujemy z powodu losowo wybranego problemu współczesnego świata. Generalnie żałujemy swojej decyzji.

Co prawda dwa ostatnie rozwiązania w efekcie prowadzą do nieobejrzenia ESC, ale statystycznie są to najczęstsze powody, dla których ludzie nie przystępują do oglądania, dlatego warto było o nich wspomnieć. Pozdrawiamy serdecznie i życzymy udanego wyboru metody!

Frater の

czwartek, 3 maja 2012

Polskie Babuszki - Jarzębina

Wybraliśmy polski hymn reprezentacji na Euro 2012. Ten zaszczytny tytuł przypadł folkowej piosence ludowego zespołu Jarzębina. Gdy tylko się o tym dowiedziałem, pierwsza myśl, która zakołatała mi do głowy, brzmiała: "Ha ha! To przecież są polskie Babuszki". Niech mi ktoś powie, że Eurowizja nie ma wpływu na kształtowanie gustów muzycznych! Czyżbyśmy pozazdrościli Rosjanom uroczych emerytek? Kiedy okazało się, że Babuszki będą reprezentowały Rosję na Eurowizji, obudziła się w Polakach fala pozytywnych emocji dla pań z udmurckiego zespołu. Czyżby "Koko Euro spoko" miało zaspokoić naszą chęć posiadania własnych dziarskich śpiewających staruszek? No i chyba coś jest na rzeczy - mamy piosenkę o ciekawej, zmiennej linii melodycznej  z pogranicza muzyki folkowej i SKA; mimo tradycyjnego brzmienia piosenka jest nowocześnie wyprodukowana i ma duży potencjał na wakacyjny hit. Są to cechy wspólne z kompozycjami Buranowskich Babuszek. To są przy okazji dokładnie te cechy, których zabrakło kilku ostatnim polskim propozycjom eurowizyjnym... Niestety coraz częściej zauważamy, że zła robota wykonana przez TVP utrudni Polsce powrót do konkursu Eurowizji.


W każdym razie gratulujemy wyboru fajnej piosenki z jajem. Życzymy naszym piłkarzom, żeby grali z takim wykopem, jak panie z Jarzębiny śpiewają. Oprawę muzyczną mają na właściwym poziomie, stadiony też niczego sobie, więc nie mogą dać plamy.

A TVP tradycyjnie pokazujemy faka. Tym razem za to, że świadomie rezygnuje z kształtowania gustów muzycznych Polaków. I - jak zwykle - za to, że ma tak głęboko gdzieś Eurowizji oraz już dawno pogrzebała nasze nadzieje na transmisję konkursu. Najlepszym wyrazem mania gdzieś jest fakt, że każda z propozycji na tegoroczny hymn reprezentacji Polski była lepsza od ostatnich polskich kandydatów na ESC. Jak widać - wystarczy zapewnić zdrowy dopływ świeżej krwi i uczciwe zasady konkurencji, by wyłonić dobrą piosenkę. Szkoda jedynie, że ostatnie preselekcje eurowizyjne zostały potraktowane tak bardzo po macoszemu. Widać to szczególnie w zestawieniu z imponującymi działaniami promocyjnymi skupionymi wokół wyboru piosenki na Euro.


Życzę Jarzębinie (i sobie), by w lepszych czasach reprezentowały nas na Eurowizji! A co? Myślicie, że mogłyby stanąć w szranki z Babuszkami?

Frater Σ

czwartek, 26 kwietnia 2012

Stawiam na Eurowizję

Miesiąc do finału. Coraz więcej mówi się o faworytach bukmacherów lub o typowanych zwycięzcach nadchodzącego konkursu. Jako że mieszkamy nad agencją bukmacherską, postanowiliśmy się zainteresować rynkiem zakładów eurowizyjnych. Nawet w Polsce jest ich mnóstwo (nie przesadzę, jeśli oszacuję, że setki) i istnieje możliwość założenia się dosłownie o wszystko - o każdy parametr konkursu. Można typować, który kraj zwycięży, który wyjdzie z półfinału, który nie wyjdzie. Który będzie wyżej niż jakiś inny. Z którego półfinału będzie pochodził zwycięzca (a może zwycięży piosenka, która nie będzie pokazana w półfinale?). Brakuje tylko zakładu o to, czy i komu spadnie spódniczka, hi hi.

W tym roku nie za bardzo opłaca się stawiać na Szwecję, bo wygrana - jak na dziś - wynosi 1:2, góra 1:3 (czyli za każdą postawioną złotówkę, w razie wygranej Szwecji, możemy dostać góra 3 zł), faworytką jest też Włoszka, no i oczywiście wysoko plasują się Babuszki z Buranowa. Warto dla odmiany zaryzykować i postawić np. na czarnogórskie "Euro Neuro", bo zapowiadana wygrana, jeśli Rambo Amadeus zwycięży na Eurowizji, w niektórych firmach bukmacherskich sięga w tym przypadku nawet 1:200.


Wcale się nie znamy na zakładach, mimo sąsiedztwa. I pewnie w tym roku także nie odważymy się postawić na jakąś tam ulubioną piosenkę, ale temat nas zaciekawił... Okazuje się, że w zeszłym roku na początku maja bukmacherzy najliczniej obstawiali piosenkę z Francji! A - przypomnę - zajęła ona ostatecznie skromne 15. miejsce. Zaś zwycięska piosenka z Azerbejdżanu plasowała się w rankignach bukmacherów średnio w okolicach 6. miejsca. Jednym słowem - można było już na niej trochę zarobić. I tak było niemal co roku. Niemal co roku przewidywania biorących udział w zakładach mijały się z ostatecznym wynikiem konkursu. I niech mi ktoś jeszcze raz powie, że na Eurowizji wszystko jest z góry ukartowane i do przewidzenia, jeśli zna się mapę politycznych wpływów i międzynarodowych sympatii.

Frater Ж

sobota, 7 kwietnia 2012

Jaja

Jaja. To jest coś, co łączy obecne święta z Eurowizją i TVP. Jaja się maluje na Wielkanoc, jaja robią sobie czasem zespoły startujące na Eurowizji, bywa też, że to widzowie robią sobie jaja z pokazywanych podczas konkursu jak najbardziej poważnych występów. Wreszcie: w jajo właśnie robi nas TVP nie chcąc nam zapewnić transmisji z tegorocznego ESC w Baku i uzasadniając niemożliwość transmisji tym, że nie ma konkursu w ramówce i że decyzja jest ostateczna (sic!). Zupełnie nie mają jaj ci, co to wymyślili...

Przypomina nam to taki eksperyment, który wykonał jeden komunikolog. Eksperyment dotyczył kolejki do ksera. W pewnym biurze ustawiła się duża kolejka do wspólnej kopiarki, a nasz komunikolog pojawił się tam i zaczął przepychać w kolejce, tłumacząc ludziom, że powinni go przepuścić, bo "musi coś skserować". O dziwo znakomita większość ludzi nie wysłała go na drzewo i go przepuszczała, uznając, że to dobry powód. Chociaż sami przecież stali w kolejce do ksera z tej samej przyczyny. Czasami wystarczy podać jakikolwiek powód, żeby usprawiedliwić się przed ludźmi i ktoś w TVP o tym na pewno wie.


Żeby było weselej nie zainsynuuję nawet, jak prędko ramówka zostałaby zmieniona, gdyby zdarzyła się żałoba narodowa. :D Nie, żeby było śmieszniej, ja właśnie zaproponuję moją playlistę z jajowymi piosenkami z różnych minionych Eurowizji. Są wśród nich występy śmieszne w sposób zaplanowany i śmieszne mimowolnie. Zapraszam do oglądania TUTAJ. Niektóre z nich bardzo lubię, ale dziś i tak robi mi się przy nich smutno z uwagi na polski odwrót od konkursu. Mam ochotę, słuchając tych piosenek, w lany poniedziałek zalać się łzami zamiast polać ze śmiechu, bo czuję się olany. Co za czasy!

Frater Ж

czwartek, 5 kwietnia 2012

Dementi, pozdrowienia, plany na przyszłość

Pozdrawiamy licznie odwiedzających naszego bloga internautów z forów poświęconych Behemothowi, Nergalowi i muzyce metalowej. :) Widocznie bzdurne notki cieszą się jeszcze lepszym czytelnictwem niż te, w których wyśmiewamy głupie teksty innych autorów. Satysfakcjonuje nas również zainteresowanie zagranicznych gości czytających ostatnią notkę za pomocą google translatora. Podobnie jak pewnie Wy, chętnie obejrzelibyśmy występ Behemotha dzielnie wojującego na Finałach ESC w Baku, niestety wszystko, o czym było we wcześniejszym wpisie było kreacją naszych umysłów i nie ma pokrycia w faktach. Wielka szkoda (TUTAJ coś dla naprawdę rozczarowanych - powinniśmy to dodawać przy każdej notce). Może byśmy nie wygrali, ale byłoby głośno o naszych reprezentantach, ech.

Specjalne pozdrowienia kierujemy do osoby, która trafiła na naszego bloga poprzez desperackie wyszukanie w google: "Czy to prawda, że w tym roku nie będzie Eurowizji?". Tak, to nadal prawda. ;P Pozdrawiamy!


Zastanawiając się wcześniej nad tym, jak powinny wyglądać preselekcje do Eurowizji, dyskutowaliśmy w gronie bojowników także o tym, kogo my chętnie zobaczylibyśmy na scenie jako polskiego reprezentanta. Takie dyskusje odbywają się codziennie w wielu domach członków eurowizyjnego podziemia... Kogo wysłać, aby uniknąć siary? Nasze pomysły były mniej lub bardziej możliwe do zrealizowania, bo dotyczyły mniej lub bardziej osiąglnych gwiazd. Nie zdradzimy na razie, kogo uwzględniliśmy w naszych listach do św. Mikołaja (św. Zajączka), ponieważ natychmiast zniewolił nas doskonały pomysł napisania do tych zespołów i wykonawców, celem uzyskania odpowiedzi na przewrotne pytanie: "Dlaczego nie wystartujecie na Eurowizji?". Mamy nadzieję rozpocząć po Świętach cykl relacjonujący czy i jakie odpowiedzi otrzymamy i w ten sposób stopniowo ujawniać, kogo nagabywaliśmy. :D Lista muzyków, którzy dostaną od nas przedziwną w treści korespondencję nie jest jeszcze zamknięta. Zachęcamy do podrzucania nam nowych pomysłów. Kogo byście widzieli na Eurowizji, jeśli, powiedzmy, Polska wróci, hipotetycznie, do konkursu za, znając TVP, milion lat?

Frater Σ

niedziela, 1 kwietnia 2012

Jednak! Udało się! Nergal reprezentantem Polski na Eurowizji 2012

Chociaż wiele mainstreamowych, polskojęzycznych, prosalonowych mediów kreowało negatywny obraz Eurowizji, obywatele 1. kwietnia 2012 roku zjednoczyli siły i dosłownie obalili czwartą władzę. Polskiemu społeczeństwu udało się solidarnymi protestami we wszystkich miastach w kraju, paleniem opony przed siedzibą TVP oraz rozbiciem "brokatowego miasteczka" na Wiejskiej, wymóc zmianę decyzji w sprawie polskiego startu na tegorocznej Eurowizji. Do strajku przyłączyli się też celebryci.



Jednak! Udało się! Lepiej późno niż wcale. :) Wobec faktu, iż zgłosiliśmy się do konkursu w ostatniej chwili, postanowiono wybrać polskim reprezentantem pierwszy zespół, który wyrazi chęć wyjazdu do Baku. I tym sposobem los nareszcie uśmiechnął się do muzyków z grupy Behemoth, którzy przez wiele lat mogli tylko marzyć o zakwalifikowaniu się do polskich preselekcji. Chłopcy z Behemotha od dawna mieli chrapkę na udział w Eurowizji, jednak była narzeczona lidera zespołu skutecznie szkalowała występy grupy na przesłuchaniach w obawie, że po występie na eurowizyjnej scenie otrzymaliby z pewnością nagrodę Barbary Dex, a to mogłoby rzucić niekorzystne światło także na jej własne buty od Alexandra McQueena.

W wywiadzie udzielonym wrocławskiemu czasopismu "Trójkąter Zeitung" lider Behemotha, Nergal, opowiadał o tym, jak to się stało, że właśnie oni zgłosili się pierwsi. Wcześniejszej nocy miał sen, w którym Violetta Villas mówiła do niego: "Darrriuszu" i: "hator, hator, hator". Podobno uczucie dyskomfortu wywołane tym, że wielbicielka psów wypowiadała kwestie kota Rademenesa, spotęgowane porannym telefonem od posła Macierewicza, który chciał pomówić o dziwnej zbieżności daty śmierci artystki z datą wycofania się Polski z Eurowizji, sprawiły, że Adam Darski zebrał kolegów i popędził do gmachu TVP - gdzie w tej samej minucie podjęto decyzję o konieczności znalezienia reprezentanta na konkurs.

To niesamowity zbieg okoliczności! Reżyser przebojowego "Kac Wawa" już zapowiedział chęć nakręcenia filmu o tym prawdziwym cudzie nad Wisłą. Z jaką kompozycją Behemoth wystartuje na Eurowizji? Podobno linię melodyczną i klaskaną, która będzie wzorowana na "Barce", skomponuje sam Piotr Rubik, a tekst napisze natchniony duchem Wisławy Szymborskiej młody poeta, Andrzej Gołota. To wiadomość z ostatniej chwili, z wypiekami na twarzach czekamy na efekty pracy eurowizyjnego dream teamu. W kuluarach Stadionu Narodowego mówi się nawet o możliwości odwołania tegorocznych Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej, ponieważ teraz wysiłki całego kraju powinny być skupione na przygotowaniach do Eurowizji.

W związku z powyższym nasz blog nie ma dalszej racji bytu i zaraz go skasujemy!
Fratrzy

czwartek, 29 marca 2012

Jak powinny wyglądać satysfakcjonujące eliminacje do Eurowizji?

Do poruszenia tego tematu skłonił nas kolejny trudny do przełknięcia tekst, na jaki natknęliśmy się podczas researchu. Ponieważ zaobserwowaliśmy, że pokazywanie nagatywnych przykładów pisania o konkursie procentuje sporym zainteresowaniem ze strony czytelników, chcemy zaprezentować odnośny tekst: TUTAJ. Jest to wpis (sprzed dwóch tygodni) na blogu lidera zespołu Roan, który brał udział w polskich preselekcjach do Eurowizji. Z jakim skutkiem - a no z takim, że ostatecznie nie został u nas obśmiany w notce o historii polskich startów. :) Wokalista pisze bardzo emocjonalnie, tak jakby się miotał, buntował - ogólnie z powodu wszystkiego. Walczy z Babilonem? No właśnie nie wiadomo z czym. Trochę z TVP, chwaląc konkurs, trochę z konkursem, obwiniając jakieś niezbadane siły o nasze porażki. Ktoś mu w komentarzach zarzuca, że przegrał w preselekcjach i ten tekst jest emanacją jego zawodu. Bardzo nieprecyzyjnie pisze Zbigniew Man... ale jest przecież piosenkarzem, więc ma dobrze nie pisać, lecz śpiewać.

My się jednak dużo domyślać. :) Dla nas ten tekst był punktem wyjścia do rozważań nad formą preselekcji do Eurowizji. Wiadomo, że te polskie są jakieś dysfunkcyjne. Widać to najlepiej po jakości piosenek, jakie wysyłamy. Co więc można zmienić, żeby Eurowizja nie kojarzyła nam się z koniecznością przecierpienia trzech minut występu naszego reprezentanta? Jak wybierają piosenki w innych krajach (zwłaszcza w tych, które lepiej sobie radzą w konkursie)? Jakie są zady i walety różnych metod?

Reprezentanta i piosenkę można wybrać na nieskończoną ilość sposobów. "Sky is the limit", jednak już na wstępie warto zauważyć, że w mało którym kraju wykorzystuje się w tym celu rzut monetą lub sąd boży.


Jak to się robi w Irlandii? Tego byliśmy bardzo ciekawi, bowiem Irlandia to kraj, który wygrał Eurowizję najwięcej razy w historii. Obecnie za prezentowanie pretendentów do reprezentowania kraju w konkursie oraz za przeprowadzanie wyborów jest odpowiedzialna ekipa bardzo popularnego programu "The Late Late Show". W tym roku kandydatów w preselekcjach było pięciu. Głosowanie odbywa się u Irlandczyków w ten sposób, że połowę głosów mają telewidzowie (pewnie wysyłają SMSy), a połowę "regionalne jury". Wcześniej na Eurowizję jechali zwycięzcy śpiewaczego talent show "You're a Star", a jeszcze wcześniej - w czasach największych sukcesów Irlandii, kiedy to m.in. zwyciężyli trzy razy pod rząd! - organizowano tam specjalny festiwal "Eurosong" i podczas niego jury wybierało reprezentanta. Wcześniejszych czasów nie będziemy wspominać, bo metody wyboru piosenkarza sprzed 1980 mogą okazać się zbyt archaiczne. ;P W porównaniu z obecnymi polskimi preselekcjami zauważyliśmy takie różnice:
- artyści i piosenki proponowane na Eurowizję są lepiej znane widzom, bo więcej uwagi poświęca się zaznajomieniu widza ze startującymi w preselekcjach;
- kandydatów jest mniej niż bywa u nas;
- do "załatwienia" sprawy wyboru reprezentanta wykorzystuje się programy, które na antenie telewizji leciałyby tak czy siak, nam wydaje się to dość tanim wyjściem;
- wyobraźnię pobudza ponadto "regionalne jury" - może to jest coś fajnego?
- wykorzystanie do preselekcji talent szołu (co robiono w Irlandii w latach 2003-2005) również wydaje się być na czasie... Czemu u nas cała para kibiców "Idola", "Voice of Poland", "Fabryki gwiazd", "Bitwy na głosy" idzie w gwizdek? To czyste marnowanie energii.

A jak to robią Niemcy? Nasi zachodni sąsiedzi wydali nam się ciekawi, ponieważ odnieśli spektakularny sukces w 2010 roku i to po latach porażek. Przykro to pisać, ale te lata porażek właśnie są elementem, dzięki któremu możemy się z nimi utożsamiać. :) Rozpatrzmy więc następujące zagadnienie: co zmienili w metodzie wyboru reprezentanta na Eurowizję, że ten wybór stał się tak efektywny? Telewizja ARD wzięła się na sposób i wymyśliła w sezonie 2009/10 casting show zatutułowany "Unser Star für Oslo" (w zeszłym roku było to "Unser Star für Düsseldorf", a tegoroczna kontynuacja nosiła tytuł "Unser Star für Baku", bo ta forma wyłaniania reprezentatna, no cóż, się u Niemców przyjęła). Ten program był wynikiem współpracy ARD z prywatną telewizją Pro7, a twarzą przedsięwzięcia był jego producent Stefan Raab. Na czym polegała niezwykłość tych preselekcji? Otóż z ponad 4500 zgłoszeń wybrano dwadzieścioro piosenkarzy, którzy co tydzień przez dwa miesiące prezentowali się na scenie i zmagali jak w "Idolu" (a więc promowali się jak przystało na reality show, odbywali lekcje, próby itp., pokazywali covery znanych piosenek i odpadali lub przechodzili dalej, tak że z odcinka na odcinek uczestników było coraz mniej). Jednocześnie ze zgłoszeniami uczestników trwał nabór zgłoszeń kompozycji, piosenek, takich w formie "partytury i libretta", z których 5 wybrano do prezentacji w finale i które podczas trwania programu były przygotowywane, szlifowane, aranżowane, próbowane przez szczęśliwych finalistów. Te piosenki biły się o honor bycia tą jedną, która pojedzie reprezentować kraj na Eurowizji. Zmaganiom wykonawców i prezentacjom piosenek towarzyszył komentarz jurorów, ludzi ważnych dla niemieckiego show-bizu, w każdym odcinku innych. W ścisłym finale dwie wokalistki wystąpiły z trzema piosenkami, przy czym dwie piosenki (w diametralnie różnych interpretacjach) się na ich występach powtórzyły. Telewidzowie (do których należało 100% głosów) głosowali według tego konceptu tak na wykonawcę, jak i na daną piosenkę. Doskonałe sito eliminacji wyłoniło przebój, który musiał wygrać Eurowizję. Fenomenalne, przecież "po to wiążą słowo z dźwiękiem kompozytor i ten drugi"! Proponuję tym razem rozważyć, dlaczego to nie wypali w Polsce:
- taka forma wyborów reprezentanta jest dość kosztowna, nie jest to jeden koncert (zwykle w wykonaniu TVP odbębniony, nawet i w dzień powszedni, jeśli tak pechowo wypadną Walentynki), lecz cała seria, a to duża inwestycja, do tego angażująca profesjonalistów (koszta, koszta...);
- Niemcy zjednoczyli siły - telewizja publiczna w koprodukcji z prywatną?! W Polsce to na bank by nie przeszło! Dzięki tej współpracy powstał dobry, nowoczesny i emocjonujący casting, który cieszył się sporą oglądalnością, więc telewizje na pewno nie poniosły strat... Ale to nie byłby w żadnym wypadku argument dla TVP, żeby się zbratać z Polsatem lub TVNem, o nie;
- profesjonalny casting i to zarówno dla piosenkarzy, jak i dla muzyków, kompozytorów, tekściarzy? W Polsce po prostu - NIE DA SIĘ!
- tyle uwagi, czasu, organizacji poświęcić na wybór reprezentanta Eurowizji? To też coś niepolskiego, bo z drugiej strony AŻ tak nam nie zależy na dobrym starcie w tym konkursie...


Jak się to robi po włosku? Włochy uznaliśmy za interesującego uczestnika Eurowizji z tego powodu, że w ich powrocie do konkursu po ponad dziesięcioletniej przerwie, upatrujemy ostatecznego dowodu na to, że ranga ESC wzrosła, a jakość występów i prezentowanej tam muzyki jest jak najlepsza. Trudno mówić o tym, że Włosi po powrocie zawsze wybierają świetnego wykonawcę, za którego się nie wstydzą na Eurowizji, bo trudno nazwać drugi raz rutyną... Dotąd byli jednak (i są) bardzo okej, w swoich wejściach proponują muzykę niemodną (w pozytywnym sensie), specyficzną i bez wątpienia łatwą do zidentyfikowania jako włoska. Jakim kluczem kierują się przy wyborze reprezentanta? Ano, mają taki festiwal muzyczny w Sanremo i zwyczajnie wysyłają zwycięzcę tego festiwalu (ściślej: części dla debiutantów) lub (w tym roku) osobę wskazaną przez jury festiwalu, jako ta, której proponują wyjazd na Eurowizję. Skoro mają taki festiwal, jak Sanremo, byliby głupi, gdyby nie użyli go do wybrania wykonawcy na międzynarodowy konkurs. :) Czy to ma szansę powodzenia w Polsce? Otóż:
- mamy festiwal w Opolu i ten w Sopocie, więc czemu nie?
- ranga naszych festiwali może nie jest tak wybitna, ale z drugiej strony nikt nie będzie chyba bronił tych żałosnych preselekcji na klatce schodowej nowego budynku TVP (chociaż... może zwyczajnie nie wiemy o osobach emocjonalnie przywiązanych do tego konceptu?);
- to rozwiązanie jest tanie, otrzymujemy dwie pieczenie z jednego ognia;
- możliwe, że trzeba by trochę zmodyfikować formuły rodzimych festiwali, żeby przystawały do pełnienia funkcji preselekcji do Eurowizji (to wymaga pracy, a więc NIE DA SIĘ);
- niektórzy uznają zapewne za krok do tyłu pozbycie się audiotele na rzecz powrotu fachowego jury...

Zainteresowaliśmy się także sytuacją w Finlandii, Rosji, niektórych krajach bałkańskich oraz wyborami reprezentanta w Gruzji, która przez kilka lat swoich występów zawsze nas pozytywnie zaskakiwała. Notka wyszła już jednak strasznie długa, a ich metody nie były jakieś strasznie odkrywcze. Na życzenie możemy dodać drugą część naszych (jałowych - wobec polskiego wycofania się z konkursu) rozważań. Jak widać koncepcje krajowych preselekcji są bardzo różne w różnych krajach, ale można odnieść wrażenie, że wszędzie telewizje mają lepsze pomysły niż TVP. To niewesołe wnioski. Tym razem z niecierpliwością czekamy na komentarze zawierające oryginalne pomysły na wybranie (hipotetycznego) reprezentanta Polski na Eurowizję. :) Może jest jakiś kraj, który przeoczyliśmy, a w którym wyboru dokonuje się naprawdę awangardowo? A może ktoś ma jakiś błyskotliwy pomysł - z głowy, czyli z niczego?

Fratrzy Σ i Ж

sobota, 24 marca 2012

Żeby nie być gołosłownym...

Przygotowując dwie wcześniejsze notki, zrobiliśmy niejaki research aktualnych głosów na temat Eurowizji. I chociaż jestem za tym, aby polecać do poczytania tylko dobre teksty (w trosce o czystość dyskursu), chciałbym zaprezentować jeden strasznie zły artykuł, na który udało nam się trafić. Zawiera chyba wszystkie możliwe i wypunktowane przez nas błędy w rozumowaniu i ocenie Eurowizji oraz polskiego w nią wkładu. I błędy rzeczowe oraz sporo arogancji. Jakby tego było mało - są tam też rażące błędy językowe (rekcja!), a nawet ortograficzne, przez co autor zupełnie traci wiarygodność. Na szczęście to tylko jakiś tam wpis na jakimś tam blogu ze stajni Newsweeka i prawie na pewno jest mało uczęszczany... Niestety przedstawione tam opinie nie są odosobnione i powtórzyły się w wielu miejscach. Oto ten tekst: KLIK! Może warto pokazać taki "materiał źródłowy"? Na szczęście można go minusować bez logowania się.

Frater Ж

piątek, 23 marca 2012

Stereotyp nr 4: Polska nie ma szans wygrać Eurowizji

To, że nasz kraj nie ma szans wygrać Eurowizji (i że z tego powodu nie warto festiwalu oglądać, emitować, a nawet brać w nim udziału) to bardzo często powtarzany slogan. Myślę, że sto razy bardziej prawdziwe jest przekonanie o tym, że Polska nie ma szans wygrać Euro, ale z tego powodu nikt nie wątpi w sens samej sportowej imprezy, prawda?

Co takiego zmusza dumny polski naród do kwestionowania racji bytu konkursu piosenki z powodu naszych licznych porażek?

Czy jest to poczucie, że wystawiliśmy najlepszego możliwego kandydata i wiara w powodzenie jego kompozycji? Na pewno NIE! Gdybyśmy wierzyli, że nasi reprezentanci, wysyłani od dobrych dziesięciu lat na Eurowizję byli wspaniali, ale z powodu jakiegoś zapewne spisku nie zostali docenieni i dlatego zajmowali hurtowo ostatnie miejsca, to nasze podstawy do wiary, że w tym konkursie nie mamy szans byłyby przynajmniej merytoryczne. W takie bajki nie wierzę nawet ja, chociaż otwarcie przyznaję, że uwielbiam ten konkurs. Polacy lecą sobie w kulki i wysyłają złe piosenki - o czym była wcześniejsza notka.

Teraz przyjrzyjmy się prawdziwym powodom, które w głowach Polaków racjonalizują nasze niepowodzenia:

1. "Nikt w Europie nas nie lubi, więc nikt na nas nie głosuje, bo głosowanie jest polityczne". To jawna bzdura. Niby za co mają nas (jacyś oni) nie lubić? Co myśmy (im) takiego zrobili? Poprzednią Eurowizję wygrał Azerbejdżan - to jest "nielubiany" kraj. Nie "lubi" go chociażby Armenia, która wycofała się z tegorocznego konkursu w atmosferze skandalu politycznego. A kto w Europie "lubi" Niemców? Nie chce mi się nawet wymieniać tych różnych stereotypowych i krzywdzących powodów, dla których wiele narodów nie lubi naszych zachodnich sąsiadów... I oni jednak, kiedy wystawili dobrą piosenkę, dali radę wygrać Eurowizję. Może się powtórzę: gdyby to "lubienie" miało tak ogromny wpływ na wyniki konkursu, to co roku wygrywałaby Rosja, jako kraj o największej ilości "przyjaciół", a zapewniam, że tak nie jest. Eurowizję wygrywały już różne kraje, przegrywały różne kraje i mało który naród interpretuje powodzenie lub niepowodzenie przez pryzmat spisków, nieuzasadnionych sympatii, niezbadanych animozji. No, chyba, że jesteśmy tak nielubiani za gwałt na wszystkich dziewięciu muzach naraz, jakim bywają występy naszych demokratycznie wybranych reprezentantów.


2. "Nasze kompozycje nie trafiają w eurowizyjny, kiczowaty gust". Tak, tak - bo my Polacy, potomkowie Sarmatów mamy szalenie wysublimowane podniebienia muzyczne, no i jesteśmy hiper-awangardzistami; właśnie na przekór Europie i całemu światu produkujemy tylko wspaniałą muzykę, a nie jakąś popową sieczkę, która by się przyjęła na tym debilnym konkursie... Pozostawię to bez komentarza, żeby nie ironizować zanadto pod adresem narodowców i to takich, którym udało się uniknąć wysłuchania naszych eurowizyjnych propozycji z pięciu ostatnich lat, bo zgaduję, że chyba tylko oni mogą głosić podobne opinie.

3. "W Polsce nie ma dobrych piosenkarzy, nie ma kogo wysłać, dlatego się dobrze nie prezentujemy na Eurowizji". To wersja pogodzonych z losem, bez syndromu wyparcia artystycznego zakalca, który zdarza nam się wysłać na konkurs. Czy naprawdę w prawie czterdziestomilionowym narodzie nie znajdzie się zdolny piosenkarz, kompozytor i tekściarz? Czy naprawdę osoby, które głoszą taki pogląd są w stanie z ręką na sercu powiedzieć: "nie słucham i nie kupuję płyt polskich zespołów, bo są strasznie złe"? Czy naprawdę nie szkoda było TVP przez te lata wydawać pieniędzy na organizowanie preselekcji, przygotowań do występu oraz wyjazdu na konkurs naszego słabego reprezentanta, skoro można było niedużym wysiłkiem poszukać kogoś lepszego, kto grałby coś lepszego? Widocznie - szkoda było, ponieważ w tym roku TVP tych wszystkich niezrozumiałych zabiegów nie wykona.

4. "Konkurs nie cieszy się w Polsce popularnością, w Europie też nie, jest jakiś dziwny, marginalny i trudno powiedzieć o nim cokolwiek pewnego, dlatego trudno przewidzieć kto wygra, no i w ogóle - jest to wszystko bez sensu". Bełkotliwe wyjaśnienie tego całego bałaganu, pełne niedomówień i niezrozumienia zagadnienia. Eurowizja w dzień transmisji na żywo gromadzi przed telewizorami 20-25% widzów w Polsce. W Europie zaś mówi się o renesansie tego konkursu. Konkurs ma swoje zasady, prawa i tendencje, ale jest wciąż żywy i zaskakujący. Tę opinię współdzielą jedynie ci, którzy nie mieli cierpliwości, żeby choć raz w życiu obejrzeć cały eurowizyjny koncert.


Za polskie porażki w futbolu zwykliśmy - chyba słusznie - winić PZPN. Należy sobie uzmysłowić, że tę samą rolę na eurowizyjnej niwie odgrywa TVP. Może to telewizja robi coś nie tak? Może nie należy winić za niepowodzenia wszystkich wokoło, ale szukać problemu w sobie? Może należy coś zmienić w podejściu do konkursu, w sposobie wybierania polskiego reprezentanta? Może? Może w takim razie nie wszystko jeszcze stracone?

Frater Ж

niedziela, 18 marca 2012

Krótki kurs historii Polski (na Eurowizji)

W tejże notce postanowiłem subiektywnie i złośliwie streścić historię polskich startów na Eurowizji.
Na początku było słowo, a później dzielimy ją na trzy okresy:

1. Faza: nie mamy się czego wstydzić.
To były piękne lata... mocny debiut Edyty Górniak w 1994 roku (drugie miejsce), potem już niższe, ale wciąż przyzwoite noty takich artystów jak Justyna Steczkowska (1995), Kasia Kowalska (1996), Anna Maria Jopek (1997). Może potęgą nie byliśmy, ale powodów do wstydu też jakoś nie dostrzegam. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż wszystkie wyżej wymienione artystki zostały wybrane przez specjalną komisję, która oceniała dotychczasowy dorobek piosenkarek i na jego podstawie dokonywała wyboru. Mało demokratyczne, ale całkiem skuteczne. No, może jeszcze Sixteen (vel Seventeen) z 1998 trzymało klasę - słuchało się tego na wakacjach...

2. Faza: Mietku, cóżeś nam uczynił?
W 1999 roku naszym reprezentantem w ESC został Mietek Szcześniak. Tym razem komisja inkwizytorów muzycznych pomyliła się całkowicie. Piosenka zajęła w finale 18. miejsce, co, w myśl ówczesnego regulaminu, poskutkowało odsunięciem Polski od konkursu w następnym roku. Nudne piosenki jednak nie znudziły ministerstwa niemądrych kroków, które postanowiło wysłać na konkurs w 2001 roku mrożącego krew w żyłach Piaska. Piasek na finałach wysypał się całkowicie. Na piosenkę nikt nie zwrócił uwagi, ponieważ oczy jurorów i telewidzów zostały przykute przez strój artysty. Wizerunek Piaska stał się jedynym sukcesem polskich piosenkarzy w tej smutnej fazie naszego uczestnictwa w ESC - uhonorowano go nagrodą Barbary Dex dla najgorzej ubranego uczestnika Eurowizji. W 2002 roku Barbara odpuściła naszym artystom, ponieważ zostali w domu dokładnie z tych samych przyczyn, co w roku 2000.

3. Faza: czkawka demokratyczna.
Lata 2003 - 2011 to okres lepszych lub (zdecydowanie częściej) gorszych wyborów, w których głos decydujący (a od 2009 roku jedyny głos) mieli telewidzowie. Wystartowaliśmy całkiem nieźle - Ich Troje z piosenką "Keine Grenzen" wylądowało na pozycji siódmej w finale ESC. Możemy różnie oceniać estetyczną wartość bazarkowej wersji "Imagine", ale ostatecznie jest to drugi wynik Polski na tym konkursie. Rok później reprezentował nas utwór Blue Cafe pt. "Love Song". Piosenka nie była na tyle zła, żeby nie wyjść z półfinału, ale już na samym finale furory nie zrobiła (Tatiana Okupnik próbowała nadrobić prześwitującą kiecką, ale spójrzmy prawdzie w oczy... ta kiepska piosenka i tak rozpalała zmysły o wiele bardziej niż wdzięki wokalistki). Warto tutaj przypomnieć, że Blue Cafe niestety pokonało w Krajowych Eliminacjach bardzo obiecujący duet Sistars. Gdyby telewidzowie mieli nieco mniej biesiadny gust, nasze szanse na scenie finałowej wzrosłyby wielokrotnie.
Lata 2005 - 2006 to czas klęsk lokalnych gwiazdorów. Najpierw Ivan i Delfin przybliżali Europejczykom folklor polskich wesel, następnie Ich Troje próbowało bezskutecznie powtórzyć sukces sprzed paru lat. Piosenki kiepskie, artyści tacy sobie, ale przynajmniej wydali kilka płyt i znajdziemy o nich wzmiankę na wikipedii dłuższą niż trzy zdania. Nie da się tego samego powiedzieć o naszych kolejnych reprezentantach, bowiem od 2007 roku nadciągnął okres Czarnej Dupy (nasi reprezentanci - no dobra, coś tam nagrali, ale nawet z Chomika nikt nie chce tego ściągać).
I tak: The Jet Set próbuje przekonać Europę, że Polska to drugi Bronx, na szczęście bezskutecznie. Potem Isis Gee z okazji dwunastolecia premiery Titanica prezentuje swoją wersję "My heart will go on". Jurorzy dostrzegają niesamowity odcień skóry artystki - efekt wielogodzinnych sesji na solarium, który zapewnia Isis wyjście z półfinału. W finale utwór zajmuje honorowe, przedostatnie miejsce. W 2009 roku polskich telewidzów uwodzą popłuczyny po Titanicu w postaci nijakiej piosenki anonimowej Lidii Kopani. Miłą odmianą dla ucha jest występ Marcina Mrozińskiego z 2010 roku, który miksuje Rybaka (zwycięzcę wcześniejszego ESC) z "Halką" Moniuszki - efekt: kupa. Ale przynajmniej nie wypadła ona spod śruby Titanicowi. Na szczęście polska publiczność orientuje się, że to była zbyt ryzykowna decyzja i postanawia ponownie zatopić nasze szanse w konkursie, wysyłając na finał w 2011 roku bezpłciowy hicior rodem z podlaskich dyskotek - piosenkę Magdaleny Tul. Trafiony, zatopiony! W 2012 roku wcale nie wypływamy z portu.

Wnioski z tej notki posłużą nam przy kolejnym obalaniu kolejnego stereotypu. Mitu o tym, że Polska nie ma szans wygrać Eurowizji.

Frater Σ

czwartek, 15 marca 2012

Dowód wprost i wspak

Przytoczę dziś z życia wziętą historyjkę, która przydarzyła się nam niedawno, a która udowadnia, że Eurowizja jest bardzo ważnym wydarzeniem europejskim. Poznaliśmy Amerykanina, który przyjechał do Polski na dłużej w bardzo kulturalnych zamiarach: żeby pośredniczyć w zakładaniu czasopisma literackiego, przybliżającego Polakom młodych amerykańskich poetów, a Amerykanom młodych polskich zdolnych. Spotkaliśmy się w większym gronie, więc nawiązała się również rozmowa o naszym obecnym problemie z Eurowizją (żaliliśmy się na ten temat naszej koleżance). Amerykanin był bardzo ciekawy, bo dużo słyszał o tym konkursie i był nieźle zorientowany, ponieważ - chociażby - od razu skojarzył, jaka to estetyka. Ale, kiedy usłyszał, jak ktoś skwitował tę sprawę mówiąc, że trudno, jesteśmy obecnie zaściankiem, bo my nie jesteśmy w konkursie, a przecież nawet na Białorusi będą mieli transmisję, to nie załapał aluzji... Okazało się, że nasz amerykański znajomy, osoba wykształcona, znająca - teoretycznie - europejskie realia, a nawet środkowoeuropejskie, wyspecjalizowana w poezji Miłosza... nie wie, że na Białorusi panuje ostatni reżim w Europie. Uświadomiliśmy mu oczywiście, że nasi sąsiedzi mają niejakie kłopoty z demokracją i był tym bardzo przejęty. Zdaję sobie sprawę, że mowa tu o Amerykaninie (a wiadomo, jak u nich jest z wiedzą geograficzną), w dodatku o jednym (ten mógł być wyjątkowo słaby z geografii), ale mowa też o dwóch ważnych faktach związanych z Europą. I w porównaniu - okazuje się, że wiedza o konkursie Eurowizji jest poza Starym Kontynentem bardziej powszechna niż wiedza o kłopotliwym ustroju politycznym Białorusi. CBDU i voila!

Frater Ж

poniedziałek, 12 marca 2012

Bardzo ważki pomysł


Do tych kilku krajów, które w tym roku postanowiły zrezygnować z udziału w Eurowizji dołączyła w zeszłym tygodniu Armenia. Jej powody wystąpienia z piosenkowej rywalizacji są poważniejsze od polskich (o co nie było trudno) - polityczne; Armenia nigdy nie miała dobrych stosunków z Azerbejdżanem, tegorocznym gospodarzem konkursu. Pod koniec lutego w Azerbejdżanie został zastrzelony ormiański żołnierz i to wydarzenie wywołało społeczne naciski, by podarować sobie udział w konkursie.

Można szanować tę decyzję, można uważać ją za błąd, jednak z pewnością trzeba przyznać, że dysfunkcyjne stosunki międzynarodowe to poważny powód, żeby nie brać udziału w niepoważnym festiwalu. Jednak ormiańska telewizja wycofała się bardzo późno, właściwie niedługo przed konkursem, kiedy rozlosowane były już numery startowe wykonawców w półfinałach. Ich rezygnacja złamała regulamin i wierzę, że sprawiła kłopot Europejskiej Unii Nadawców, dlatego EBU będzie się domagało zapłacenia kary od tego nadawcy.

I to właśnie spowodowało zaświtanie w mojej głowie szatańskiego pomysłu: a gdyby tak Polska zdecydowała się (bardzo szlachetnie) zastąpić Armenię w konkursie? To by było win-win. :) A nawet win-win-win! Armenia nie płaciłaby kary, Polska by wystartowała (no i my, fani mielibyśmy transmisję - juhu!), a organizatorzy ESC nie mieliby tyle pracy przy reorganizowaniu wszystkiego z powodu rezygnacji uczestnika, ot zastąpiliby jednego drugim - nic wielkiego. ;P

To taka piękna idea! Niech idzie w świat. Jeszcze - teoretycznie - wszystko da się odkręcić.
Bo praktycznie... to już gorzej. TVP nigdy nie przyzna się do popełnionego wcześniej błędu, ramówka na koniec maja już pewnie jest na mur beton ustalona, to właściwie niemożliwe (nie w tym kraju), żebyśmy tak szybko wybrali reprezentanta no i najważniejsze: ktoś tam w zarządzie telewizji, jakiś siny smutas, wyraźnie nienawidzi tego konkursu i będzie na bank robił wszystko, żeby zniknął on z fal telewizji oraz ze świadomości widzów... Cóż, pomarzyć zawsze warto. ;)

Tak strasznie byśmy chcieli trafić z adresem naszego bloga na stronę OGAE! Może po tym konsruktywnym wpisie nam się uda.

Frater Ж

piątek, 9 marca 2012

Babuszki zbierajut dziengi na cerkiewku

Wczoraj i dziś dużo się mówiło o Eurowizji w polskich mediach (ale nie w TVP - oni udawali, że nic nie zaszło). Oczywiście z powodu Buranowskich Babuszek, które wygrały rosyjskie preselekcje do konkursu i pojadą reprezentować Rosję w Baku. Starsze panie w ludowych strojach pokonały 19 innych (młodszych) wykonawców, w tym Dimę Biłana, którego na wschodzie się kocha do szaleństwa. Do tego rozczuliły wszytkich mówiąc, że pieniądze zarobione dzięki konkursowi zamierzają przeznaczyć na budowę cerkwi w swojej rodzinnej wiosce. ♥ Odnieśliśmy nawet wrażenie, że więcej uwagi media poświęciły teraz Babuszkom niż w grudniu decyzji o wycofaniu się Polski z udziału w konkursie. W komentarzach do sukcesu uroczych piosenkarek wielu internautów pisało, że chętnie wyślą SMSa z głosem na Rosję albo, że pierwszy raz w życiu obejrzą konkurs, bo - ich zdaniem - wreszcie jest po co. Jak wiemy, nie dość, że nie wyślą, to jeszcze guzik pooglądają. Słabo poinformowany jest ten nasz naród... Zwłaszcza gdy mowa o sytuacji, w której robi się go w balona.

Dla tych czytelników, którzy weszli na bloga za pomocą jednego z linków zamieszczonych pod którymś z tekstów o Babuszkach, chcielibyśmy umieścić tu oświadczenie: na Eurowizji było w ostatnich latach więcej takich fajnych, uroczych, śmiesznych występów. Szkoda, że nie oglądaliście.

Przestańmy udawać, że Eurowizja jest passé. Passé jest nasza telewizja publiczna, cała organizacja publicznych mediów wraz z abonamentem, który sprawia wrażnie, że można go zapłacić, ale nie trzeba. Zwłaszcza, że częściej wybierane przez rodaków jest to drugie rozwiązanie, jako rodzaj kary za to, że nie satysfakcjonuje ich ramówka. Ta sytuacja (w miniaturze) prowadzi do zachowań w stylu psa ogrodnika, opisanych już wcześniej i opinii w rodzaju: "transmisja Eurowizji mi zwisa, nie oglądam tego chłamu, ale jeśli pytacie mnie o zdanie, to jestem przeciwko, niech nie leci". Nikogo nic nie obchodzi, nikt nie czuje się odpowiedzialny za pielęgnowanie pozytywnych wartości. Jak mamy zamiar kultywować istniejące i tworzyć nowe tradycję, skoro tak chętnie pod byle pretekstem odpuszczamy sobie to, co wymaga odrobiny wysiłku i do tego bardzo chętnie odwracamy się tyłem do współobywateli? Czy naprawdę zagwarantowana przez demokrację możliwość wybrania niedbalstwa jest dla nas tak atrakcyjna?

Chcielibyśmy przy tej okazji kategorycznie podkreślić, że passé jest także brak postawy prospołecznej, odwrót od tworzenia wspólnoty obywateli, niedostateczna informacja publiczna...
No i że w ogóle lepiej jest być dobrym niż złym.

Frater Ж